"wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić,
aż znajduje się taki jeden, który nie wie, że się nie da ,
i on to robi" (A. Einstein)
Jestem studentką pierwszego roku i już nienawidzę mojej grupy. Wszyscy tacy oblatani, tacy starają się być inteligentni, a ja nie widzę w nich ani odrobiny artyzmu. Są sztywni i oficjalni jak personel w banku narodowym. Ani się przytulić, ani powiedzieć nic żartobliwego, bo zaraz się poobrażają, cholerni nudziarze! Rozmawiam tylko z dwiema jako takimi osobami, bo z resztą się wogule nie da. Jak ci nie przerwą to możesz od razu z miejsca czuć się jak królowa Polski. Ale oprócz tego, że ich nienawidzę, to jestem jednym z tych archaicznych, światowych egzemplarzy (o których tak bardzo lubi mówić Leszcz z Idola), które nie lubią komputerów i nowoczesnej muzyki, charakteryzującej się dla mnie absolutnie niczym, oprócz bezlitosnej powtarzalności, oczywiście z drobnymi wyjątkami. Tak więc, kompletny dinozaur ze mnie i jedyne co robić dla takich jak ja, to wieszać się czym prędzej i wiać do zielonego gaju, albo egzystować pośród ogromnych supermarketów, zawalonych stosem posiekanych nieboszczyków, i zatruwać życie innym, jak np. ci nawiedzeni ekolodzy, biegający z językami na brodzie i wiaderkami z farbą w ręku. Póki co, jednak chodzę na zajęcia i szukam fanów bluse'a, więc jeśli istnieje tu ktoś taki to proszę o jakiś znak!

